niedziela, 10 stycznia 2010

Add as a friend, czyli o facebook-u słów kilka.


Facebook. Samo zło. Pożeracz czasu. Wyznacznik Twojego "być", albo "nie być". Szczególnie jeśli znajdujesz się na tureckiej ziemi. I co więcej - jesteś Erasmusem. 

Moja przygoda z facebookiem rozpoczęła się mniej więcej rok temu. Koleżanka, która była w semestrze zimowym na Erasmusie w Ankarze, w jednym z maili zasugerowała, żebym założyła sobie konto, bo będę mogła m.in. oglądać jej zdjęcia. No i stało się. To był początek mojego końca. A także końca grono.net, o naszaklasa.pl, to już nawet nie wspomnę, bo konto założyłam jakieś 2 miesiące  temu to tylko dlatego, że nudziło mi się w pracy. 

Oczywiście po zarejestrowaniu, przeszukałam ten magiczny portal w poszukiwaniu wszelkiego rodzaju grup erasmusów w Ankarze. Jak już zapisałam się gdzie tylko mogłam,  myślałam że moja aktywność skończy się wraz z dodaniem znajomych, którzy już FB mieli. Trzeba zaznaczyć, ze w tym czasie nie było ich jeszcze tak wiele - bowiem w szczytowej formie, były wymienione już wcześniej portale grono.net, czy naszaklasa.pl - w zależności od regionu Polski.

Jakże zdziwiona byłam, gdy zaczęłam otrzymywać dość dziwne wiadomości i oczywiście prośby o "Add as a friend" od panów, z tej mojej wymarzonej krainy. Oczywiście komplementów nie było końca. Tak, tak - piękne zdjęcia, piękna ja! A w ogóle to czy jestem już w Ankarze i czy dam się zaprosić na kawę? Bo oni wszyscy chcieliby mnie poznać! Wyglądam na urocza, sympatyczna osobę... A i tureckiego mogą pouczyć... Nie ma to jak ta bezinteresowność turecka. Szczególnie jeśli mowa o relacjach damsko-męskich. I to relacjach Turek - Europejka.

Byłam młoda i głupia. Niedorosła jeszcze do takich innowacji jak międzynarodowy FB... dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że mogę zablokować dostęp do galerii. Ale mimo wszystko - praktycznie do samego wyjazdu ( potem również) miałam po 2-3 nowe wiadomości od gości, których nie znałam i nawet nie miałam ochoty poznawać. Co ciekawe, niektórzy się nie zrażali tym, że nie odpisuje, albo ignoruje ich zaproszenia. Ja okazałam się jednak zamkniętą w sobie, zarozumiała Europejką, która nie odpisywała na wiadomości, odrzucała zaproszenia, która nawet nie myslała żeby na kawę sie umówić...

Co ciekawe nowo poznani Turcy nie pytają się zawzyczaj o numer telefonu, ale właśnie o nick na FB! Zaradność, oszczędność? Kto ich tam wie... Nie zmienia to faktu, że na imprezie, w biurze, czy nawet na plaży (nick pisany na piasku!!!) pytanie o FB pojawia się wcześniej czy później.

Dowodem na to jest chociażby to, że obu swoich szefów mam na FB - zostałam dodana przez nich już po pierwszej rozmowie. Gdy któregoś dnia siedziałam w biurze przyszedł nowy kolega. Na koniec rozmowy, kiedy już stwierdził, że należę do grona liberałów (nie wiem, czy to wg niego dobrze, czy źle. Wolałam nie wnikać) - zapytał się mnie o nick na FB. Skończyło się na tym, że sama siebie znalazłam przez jego profil, bo moje imię okazało się zbyt trudne (dla wyjaśnienia - dla mnie większość imion tureckich jest zbyt trudna...). I teraz powiedźcie - ilu z was ma swoich szefów na FB? 

Kolejna kwestia, to taka że FB to wyznacznik wszelkiego rodzaju relacji. Kto, gdzie, z kim. Wystarczy sprawdzić FB. Jest opcja, dzięki której wiadomo, czy ktoś jest single, a może it's complicated, albo może open relationship (cokolwiek by to znaczyło). O zaręczynach, czy małżeństwie to już nawet nie wspomnę. Najłatwiejszym sposobem skończenia relacji jest więc skasowanie z FB. Ot, taka mała niespodzienka, gdy któregoś dnia chce się kogoś otagować, a nie można znaleźć tego kogoś na liście swoich znajomych... Rozmowa, w której wyjaśni się sytuacje? Toż to takie staromodne! Jak już się należy do tych bardziej porządnych, to może jakąś wiadomość napisze... Że to jednak nie to, że nie pasują do siebie, że on nie jest gotowy na związek. I zablokuje swoją ex, tak żeby przypadkiem jego profilu oglądać nie mogła. Ale to z troski... Żeby jej łatwiej było pogodzić się z rozstaniem. Ale oczywiście dalej moga być przyjaciółmi - szczególnie na FB. Tego rodzaju akt dodania- po wcześniejszym skasowanu- jest oznaką, ze wszystko została przebaczone.  

Nie będę taka okrutna i powiem, że Turcy nie tylko zrywają przez FB. Oj, nie, nie! Oni - a jakże! - wyznają przez niego miłość... A co tam, że widzieli się kilka razy w życiu! Co z tego, że zamienili ze sobą raptem kilka słów. Jedna wiadomość, druga... w międzyczasie przesłanie jakieś romantycznej piosenki i... ona już powinna być jego! 

Lista znajomych też powinna być długa. Słyszałam o przypadku chłopaka, którego konto zostało zablokowane, ze względu na to, że tylko on dodawał znajomych (podejrzewam, że była to spora liczba), on sam zaś nie dostawał żadnych zaproszeń. Oczywiście wysyp zaproszeń następuje po imprezach. Szczególnie jeśli informacja o imprezie była umieszczona na FB. Następnego dnia dodaje się więc uczestników. A że nie jest trudno ich znaleźć, bo są na liście gości. Proste. Wystarczy Add as a friend.

A jak ktoś jest już friend na FB, to już jest coś! 

Ktoś może sobie pomyśleć, że widzę tylko aktywność Turków na FB. Nie, nie, nie! Ja zdaję sobie sprawę, że FB staje się coraz ważniejszy. Nie tylko na Erasmusie. Coraz więcej moich znajomych z wydziału ma konto. Dostaje coraz więcej zaproszenia na eventy w Warszawie. Ja jednak odnoszę wrażenie, że dla Turków, często jest to dobra metoda na podryw. Może uda się znaleźć głupiutką laskę z zagranicy.

Zdaję sobię sprawę, że Fb przeżywa okres śweitności. I żeby nie było - ja też go używam. Uważam, że to świetny sposób na utrzymywanie kontaktu ze znajomymi z innych częsci świata. Cóż - czas który się spędza na facebooku można liczyć w godzinach. Rodzaj nałogu, który jest coraz popularniejszy. Może niedługo zostaniemy nazwani pokoleniem facebooka? 

A na koniec. Wracamy do poświętecznego Izmiru.

sobota, 9 stycznia 2010

Ka, ka, ka... kanka!


Kanka. Brat krwi. 

Czy nazwanie kogoś w ten sposób zobowiązuje do czegoś? 

Jesteśmy w Turcji. Nie wymagajmy za wiele.

Ale od początku. Jako kankalar Turcy określają swoich najlepszych (czyżby?) przyjaciół. Moga być z ta osobą powiązani więzami krwi, ale nie jest to wcale konieczne. Z racji charakteru Turczynek nie wiem, czy ten rodzaj więzi występuje u przedstawicielek płci żeńskiej. U Turków bowiem jest to dośc popularne. Ale od początku.

Z prochu powstałeś..., czyli jak sie kanka stajesz.

Paradoksalnie nie jest to trudne. Ale pamietajmy, że jesteśmy w Turcji. Zdziwienie surowo zabronione. 

Kanka można się stać po kilku spotkaniach. Po kilku piwach. Po kilku imprezach. Czasem nawet w czasie tych spotkań nie trzeba ze soba... rozmawiać! Ja na przykład ostatnio na facebook-u zostałam uznana za kanka (czy taka relacja między Turkami - Europejkami jest możliwa?) przez chłopaka, którego widziałam kilka razy w życiu - kuzyn ankarskiego kolegi. Z Adany - w czasie tego pobytu w Ankarze był... 2 razy. Tak, byliśmy na tych samych imprezach... O konwersacji to już nawet nie wspomnę, zważywszy na fakt, że on nie mówi po angielsku. A mój turecki dalej kuleje. Ale nic to - najważniejsze przecież móc otagować jako kanka osobe na facebook-u!

Kankalar moga zostać też np. współlokatorzy. W tym przypadku nie dziwi to, bo te osoby spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. Na przykład wtedy, kiedy jeden z nich się nie uczy sie i nie pracuje. Po prostu jest. I ma czasu aż w nadmiarze. I nawet ze studiującym kanka da się coś zrobić, bo przecież nie samą nauką żyje człowiek. Można więc często spotkać ich razem. W Nefes, w Eski yeni. w Bypass. W Overall, w If. Wymieniać można długo, bo jak stają się kankalar to zazwyczaj na imprezy chodzą razem. Problemy się zaczynają, kiedy pojawia się kobieta, czyli... 

...w proch się obrócisz, czyli jak kanka przestajesz być.

Najbardziej oczywistą przyczyną zerwania wszelkiego kontaktu, albo jego ograniczenie ( w łagodniejszej wersji)  jest oczywiście ONA. Samo zło. Kobieta. I narodowość się tu nie liczy. Bo jeśli tylko jeden kanka stał się "szczęściarzem" i spotkał JĄ to automatycznie wyklucza go to z pewnego rodzaju aktywności. Już nie ma mowy o wspólnych imprezach i podrywaniu panienek. Nie ma mowy o wspólnym, tak intensywnym i częstym piciu - nie można przecież za często zostawiać JEJ samej. Nie ma więc mowy o spędzaniu każdej wolnej chwili z kankalar - trzeba nauczyć się dzielić czas. A jak to bywa w takich sytuacjach, ktoś zawsze będzie niezadowolony.  I tym kimś jest/są najczęściej - kanka/kankalar

Poza tym kobiety sa tymi złymi istotami i potrafią taką relację skutecznie - może nawet nieświadomie - rozbić. Jak? Otóż na przykład wtedy, kiedy dwóm, albo nawet większej ilości kankalar jedna kobieta wpadła w oko...  Gdy jeden "zwycięży", pozostali będą "poszkodowani". Zawsze więc ktoś ucierpi.

Poza tym, w sytuacji gdy jeden z kankalar znajdzie sobie dziewczyne inni nie powinni/nie chcą być gorsi! Oni też przecież potrafią zdobyć kobietę! Musza mieć przecież z kim dzielić swój wolny czas, który teraz występuje w nadmiarze... Bo któryś z kanka odpadł... Na razie. Interesujące, że związki kankalar rozpadają się mniej wiecej w tym samym czasie. Przypadek? Nie moi drodzy. Życie. Nic przecież nie trwa wiecznie.

Cóż - może Wam się teraz wydawać, że nie ma w Turcji prawdziwych kankalar. Pewnie są, może ja byłam za mało wnikliwym obserwatorem. Nie wiem. Ale jak udowodnić to, że się jest prawdziwym kanka? Czy wystarczy otagownie na facebooku? A może kilka fotek w mieszkaniu, albo i na drzwiach wejściowych? Wspólne wyjście na imprezę? Ale ile razy? 2, a może 3? 5, 10? Wspólna organizacja imprezy?

 Kilku Turków uważałam - może nie za przyjaciół, bo to słowo dla mnie dużo znaczy - ale za bardzo dobrych znajomych. Potencjalnych kandydatów, na przyjaciół - kanka. Niestety, nie sprawdzili się. Życie.

A na koniec  zdjęcia - tym razem z Ankary. Po pierwsze zimowej i w  bardziej naturalnej wersji.






A tak w ogóle to mi się teskni. I chce już wracać do domu. Musze sie rozwieść na jakiś czas z Turcją. Albo przynajmniej wnieść o separacje.

środa, 6 stycznia 2010

Relax!


Nienawidze urzędów. Stanie w kolejkach do okienka, gdzie siedza niemiłe panie, nie jest moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu. Szczególnie jeśli jest się za granicą. A już w ogóle często błąkanie się po urzędach może stać się koszmarem, gdy jesteś na to skazany/skazana w kraju takim jak Turcja...

Moje doświadczenie z turecką biurokracją nie jest zbyt duże (na szczęście!). Jedynymi oficjalnym, dokumentem, które musiałam załatwić było pozwolenie na pobyt - raz jako student - Erasmus, drugi zaś jako praktykant-Erasmus. W pierwszym przypadku obyło się bez większych problemów, bo mimo wszystko do Ankary przyjeżdża sporo Erasmusów. Nauczyli się więc już W drugim pojawiły się komplikacje - przecież było by zbyt dobrze, gdyby było dobrze...

 Ale nie tylko ja w przeciągu ostatnich kilku miesięcy miałam "policyjną" przygodę. 

Case 1.

Przyjeżdża sobie studentka na praktyki. Do Ankary. Dlaczego? Bo tak. Ma dokument ze swojej organizacji, że będzie tam odbywać praktyki od 1 października do 31 stycznia. Przy tym dalej jest studentką - ale na uczelni polskiej. Studentka jedzie na policję, z przeczuciem, że załatwienie ikametu (pozwolenia na pobyt) nie będzie takie łatwe, jak dla normalnego studenta Erasmusa. Przeczucie ją nie myli. Pan policjant, który ją przyjmuje dokumenty, stara się coś jej wytłumaczyć (oczywiście po turecku - co z tego, że pracuje w okienku dla obcokrajowców. Angielskiego nie zna). To "coś" to fakt, że musi jechać do jakiegoś innego biura i pokazać karteczkę, na której jest napisane, jakiego dokuemtnu policja od niej jeszcze chce, a którego ona nie ma. Oczywiście po turecku. Żeby było łatwiej. Ale nie dla niej, oczywiście.

Piszą nazwę instytucji, do której ma się udać - nie wyjaśniają jednak przy tym, gdzie ona się znajduje. Studentka wychodzi więc wiedząc tylko tyle, że ma zdobyć jakiś formularz, który jacyś ludzie mają dla nie wydrukować. Co za formularz, jacy ludzie i gdzie... To są zbędne informacje...

Studentka jedzie więc do domu, sprawdza na mapie, gdzie ma iść. Je śniadania - bo akurat było ok 12 - a od 12.30 do 13.30 wszyscy mają przerwę obiadową więc nie warto nigdzie iść. Wychodzi z domu w poszukiwaniu urzędu. Moknie - bo zapomniała parasolki, a zaczął padać deszcz. Oczywiście w międzyczasie wchodzi w jakąś kałużę (niejedną nawet). W końcu dociera. Wchodzi do wysokiego budynku, pokazuje karteczkę, stara się wyjaśnić, że przysłali ją z policji po jakiś dokument. Jaki? Przecież napisane jest na karteczce! Oj, ale to nie tutaj! Musisz jechać gdzie indziej! Podają kolejną karteczkę, z kolejnym adresem. Jeden Pan oferuje się nawet, że zaprowadzi ją na przystanek autobusowy i wsadzi w odpowiedni autobus. Okazuje się, że ma jechać (dobrze znanym jej zresztą) autobusem 413 i wysiąść przy Atakule. Więc wysiada i idzie na poszukiwanie rozwiązania jej "papierowego" problemu. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach, w końcu znajduje odpowiednią ulicę. Mokra, zła i głodna trafia w końcu - uwaga, uwaga! - do Narodowej Agencji Erasmusa!. Idzie do biura koordynatora programu - stara się wyjaśnić pracującym tam ludziom, czego chce. Oczywiście pokazuje magiczną karteczkę. Jedna z miłych Pań mówi jej przy okazji, że oni nie mogą wystawić jej żadnego dokumentu... I dzwoni na policję próbując sie dowiedzieć, dlaczego oni mnie tu przysłali. Tłumaczy pierwszy raz. Drugi i trzeci też. Nie dowiaduje się niczego. W międzyczasie pojawia się główny koordynator. I on też dzwoni na policję - żeby się czegoś dowiedzieć oczywiście. Po krótkiej rozmowie z policjantem (policjantami?) - mówi, żeby przyszła w poniedziałek (wszystko działo się w środę). Przyjedzie wtedy pewien pan z policji, który de facto jest jego dobrym znajomym i wyjaśnimy tą całą sytuację. Żeby inni mieli już łatwiej. Oczywiście daje swoją wizytówkę - w razie problemów dzwoń!. I się żegna.

Studentka wraca. W poniedziałek - jest nawet przed 10. Na jej widok koordynator, bardzo się ucieszył - O! Dobrze, że jesteś przed 10 - bo ja zaraz mam spotkanie!. Eee? A gdzie pan-przyjaciel z policji? Nie, nie... tu się wszystko załatwia w łatwiejszy sposób - przez telefon. Oczywiście... Nie można tego było załatwić w poprzednim tygodniu... Po studentce widać najwyraźniej, że marzy o poznaniu jak największej ilości tureckich policjantów... I nie zawiodła się - pan koordynator odsyła ją (cóż za niespodzianka!) do kolejnej instytucji! Zrezygnowana, ze łzami w oczach i wizją, że za 5 dni ją deportują udaje się na Dikmen - do głównej siedziby policji (o! jest coraz lepiej!). Z magiczną - tym razem różową karteczką - idzie na poszukiwanie swojego wybawcy. Trafia do biura miłego pana, który akurat miał jakieś spotkanie, ale pozwolił jej usiąść w gabinecie (przecież i tak nic nie rozumie) - zaproponował herbatkę (oczywiście!). Po herbatce - może turecką kawę? Ona grzecznie podziękowała i miała nadzieję, że AŻ tak długo to tu siedzieć nie będzie... Pan oczywiście się nie śpieszył zbytnio. Przecież mamy czas... gdy reszta wyszła, zapytał się o co chodzi, czego potrzebuje, przejrzał dokumenty, które miała ze sobą. Zapytał się, kiedy kończy jej się wiza - na odpowiedź, ze za 5 dni - był zdumiony, że się ona się przejmuje - 5 dni to przecież mnóstwo czasu! Więc relax! W końcu zawyrokował - trzeba przetłumaczyć zaświadczenie z macierzystej uczelni studentki na turecki. To powinno (powinno?) wystarczyć... Studentka mająca już dość niedomówień pojechała jeszcze raz na policję, żeby się upewnić, że to tłumaczenie wystarczy! Ale co tam się działo! Tłum ludzi, faceci, którzy nie mówią po angielsku, nie rozumieją o co jej chodzi etc. Zrezygnowana jedzie do centrum, szuka tłumacza i wychodzi od niego z 2 kopiami po turecku... Ma już dość. Chce do domu. Może być deportowana. Bez różnicy.

Przygotowana na najgorsze, wyposażona we wszystkie kolorowe, malutkie karteczki idzie na swoje ostatnie starcie (taką przynajmniej ma nadzieję) z turecką biurokracją. Gdy pojawia się na komisariacie panowie wiedzą, kim jest i czego nie miała poprzednim razem. Formularz, zaświadczenie z uczelni (po turecku oczywiście), zaświadczenie z HRAA, 3 zdjęcia, 135 lir. Załatwione. Proszę przyjść za 2 tygodnie po odbiór...

Czy nie mozna tak było od razu?

Case 2

Kolejna studentka przyjeżdża do Turcji. Na roczne stypendium. Ale nie Erasmus. Będzie tu studiowała. Wybrała uniwersytet, załatwiła tam wszystko, zapłaciła za zajęcia. Ale nie może otrzymać statusu tureckiego studenta. Dlaczego? Bo tak. To może więc wywołać pewne komplikacje w starciu z policją (patrz case 1 - zaświadczenie z uczelni...).

Idzie na posterunek, tłumaczy swoją sytuację i słyszy - nie, nie! musisz iść tu i tu (niespodzianka!). Dają małą magiczną karteczkę z nazwą instytucji i nazwiskiem osoby, którą ma znaleźć. Studentka w końcu trafia do miłego pana, który stwierdza, że musi napisać podanie. W pierwszym zdaniu imię, nazwisko, coś pokrótce o sytuacji, na koniec prośba o rozpatrzenie podania, a w środku to niech wpisze sobie studentka co chce, bo tego i tak nikt nie będzie czytał... Studentka ambitnie chce napisać ładne podanie w domu, ale pan policjant zatrzymuje ją - daje kartkę papieru, wysyła do pokoju na górze, gdzie może stworzyć potrzebny dokument i co ważne napić się herbatki. No bo po co ma tracić czas (?!) i przychodzić jeszcze jutro... 

Studentka napisała, skserowała potrzebne dokumenty (dzięki uprzejmości jednej z pracujących tam pań) i wrócił do pana. On ją wysłał do okienka, gdzie to wszystko miała złożyć i się pożegnał. "Okienko" dało studentce malutką (kolejną!) magiczną karteczkę z numerkiem i numerami telefonów - proszę dowiadywać się za jakieś 2-3 miesiące... Więc nie pozostało nic jak tylko czekać.

Na początku stycznia minęły 3 miesiące. Sprawa dalej jest w toku. Telefony już nie wystarczyły. Studentka zdecydowała się złożyć im wizytę. Dowiedziała się, że rozpatrują oni teraz podania z sierpnia (!) - ona złożyła w październiku... Na wiadomość, że chce jechać do Polski 30 stycznia, ma bilet nawet -pan po namyśle stwierdził - ale przecież nie możesz jechać... Ale przyjdź za 2 tygodnie - jeśli dalej podanie nie będzie rozpatrzone, to może uda nam się wystawić Ci jakiś papier, dzięki któremu będziesz mogla opuścić granice tej cudownej krainy.

I tak raj (?) zamienia się w przymusowe więzienie.

Case 3

Studentka. Kolejna. To samo stypendium co w case 2. Tyle, że wszystko dzieje się w Stambule. Co z tego, że to jeden kraj. Stambuł to Stambuł. Tam zasady są inne niż w Ankarze... 

Studentka próbuje telefonicznie dowiedzieć się, czego będzie potrzebować na posterunku policji, gdy nie jest tureckim studentem, ani studentem Erasmusa... Podanie może jakieś (patrz case 2)? Podanie?! Jakie podanie?! Trzeba umówić się internetowo na randez-vous. I przyjść w wyznaczonym terminie na posterunek policji. Dam wszystkiego się dowie.

W końcu TEN dzień nadchodzi. Studentka zabiera ze sobą wszystkie dokumenty, które posiada. Ale i tak - niestety... Nie będzie uznana za studenta (co z tego, że studiuje na uniwersytecie w Stambule) - dlatego musi ubiegać się o "zwykłe" pozwolenie na pobyt. "Zwykłe", czyli takie, o które ubiegają się ludzie, którzy chcą w Turcji pobyć dłużej niż miesiąc, a np. nie pracują, czy nie studiują tutaj. A że studentka przyjechała na 10 miesięcy musi zapłacić 500 lir za malutka papierową książeczkę i jeszcze przedstawić wyciąg ze swojego konta, że jest w posiadaniu min. 3 tysiące dolarów... I co z tego, że stypendium dostaje co miesiąc. Kasa na koncie musi być.

500 lir, wyciąg z konta -  i następnego dnia ma już magiczną książeczkę. Z przekreślonymi danymi - bo wykorzystali jej zeszłoroczne pozwolenie na pobyt. Tak w ramach chronienia środowiska. 

Wnioski:

  • załatwiaj pozwolenie na pobyt jak najwcześniej, żeby nie było stresu związanego z potencjalną deportacją.
  • nie przejmuj się, gdy odsyłają Cię z jednego biura do drugiego. To normalne.
  • nie wiesz czego masz się spodziewać po tureckiej biurokracji. Ale jeśli już z nią zaczynasz to zaopatrz się w tony cierpliwości. 
  • studenci, którzy za bardzo kombinują - "jak wrócić do Turcji" - mają pod górę.
  • dla studentów, którzy przyjadą na praktyki - od razu tłumaczcie zaświadczenie z uczelni na turecki. Bo to właśnie o to im chodziło... nie mieli, żadnego dokumentu, który potwierdzałby mój status studenta. Ale czy nie można tak było od razu.

Czyż to wszystko nie jest proste?

A żeby nie było aż tak smętnie, to na koniec kilka fotek. Tym razem może z Izmiru, gdzie byłam ostatnio. 

Panorama.

Mroczna strona Izmiru.

Bo tu nie zawsze świeci słońce.

Gołębie jak wszędzie.

Agora. Rozczarowuje. 

Żeby zawsze było gdzie wypic herbatę.

Taką właśnie.

Ktoś musi prowadzić.

Wieża. 

Ludzie pracy.

Romantycznie tak.

W stronę słońca.

Prawie jak nasz orzeł. 

To dopiero nazywa sie uwielbienie.

piątek, 1 stycznia 2010

Święta, święta i po świętach.



Pierwsze święta Bożego Narodzenia spędzane bez nich. Daleko. Udało się je przeżyć, ale tylko dzięki uszkom z barszczem, pierogom, makowcowi i kawałkowi szynki. Wszystko orginalne. Z Polski. Dzięki siostrze, która przyleciała zobaczyć co ja wyprawiam na tej tureckiej ziemi. 

Nie było, aż tak komercyjnie. Owszem - o zbliżających się świętach przypominały chonki w sklepach na Tunali i uśmiechające się Mikołaje. Bo globalizacja to zjawisko, które dociera wszędzie. Nawet do Ankary.

Nie zdecydowałam się na "choinkowy" wypad na Beytepe po żywą roślinkę (słyszałam o osobach, które uprawiały taki proceder).  Była mała, sztuczna. Trzeba chronić środowisko. Ubrana zgodnie z tradycją dopiero w Wigilie. Były uszka z orginalnym polskim nadzieniem. Był makowiec i kluski z makiem. Były też jajka w majonezie. Zgodnie z tradycja jedzenia było dużo. Nasza lodówka nie widziała jeszcze za naszego panowania, aż tylu przysmaków. A święta - nawet na obczyźnie zobowiązują do czegoś. Tak więc nawet z tej okazji posprzątałam mieszkanie. Nawet okna umyłam. Żeby widok na moją Ankarę w ciągu tego ostatniego miesiąca nie był zakłócony. Niczym. 

A Nowy Rok? Powiem tyle - impreza udana. Oby równie udany był ten Nowy Rok. I dla mnie i dla Was.

To wszystko z miłości. Do NIEGO!

Polsko-niemieckie pojednanie.

Oczywiste.